Przez większość życia byłem przekonany, że coś jest ze mną nie tak.
To przekonanie nie pojawiło się wtedy, gdy dostałem pierwszy atak paniki. Ani wtedy, gdy zaczęły się objawy w ciele.
Ono było ze mną znacznie wcześniej.
Już jako dziecko czułem świat mocniej niż większość osób wokół mnie. Kiedy mówiłem o tym, co przeżywam, często spotykałem się z niezrozumieniem. Patrzyłem na twarze ludzi i miałem wrażenie, że pytają w myślach: „O czym on właściwie mówi?”.
Więc zrobiłem to, co robi wiele dzieci.
Zacząłem uczyć się, jak być bardziej taki jak inni.
Trochę mniej czuć.
Trochę mniej mówić.
Trochę bardziej pasować.
A jednak, kiedy zostawałem sam ze sobą, wszystko wracało.
Myśli.
Emocje.
Scenariusze.
To intensywne przeżywanie życia.
I wtedy coraz mocniej wierzyłem, że problemem jestem ja.
Przez lata próbowałem siebie naprawić.
Czytałem książki.
Przechodziłem przez rozwój osobisty, duchowość, medytację, ezoterykę, kolejne metody i kolejne obietnice.
Wciąż wydawało mi się, że gdzieś istnieje wersja mnie, która już się nie boi.
Która zawsze jest spokojna.
Która nigdy nie czuje smutku.
Która w końcu będzie „wystarczająco dobra”.
Dzisiaj widzę, że przez cały ten czas goniłem bardziej za kontrolą niż za spokojem.
Bo kontrola dawała złudzenie bezpieczeństwa.
Później przyszły objawy.
Najpierw lęk.
Potem ciało.
Serce.
Jelita.
Histamina.
MCAS.
Nietolerancje.
Suplementy.
Diety.
Przez chwilę każda nowa teoria dawała ulgę.
„To już wiem, co mi jest.”
„Teraz w końcu to naprawię.”
Ale po jakimś czasie wszystko zaczynało się od nowa.
Zmieniały się tylko nazwy.
Najdziwniejsze jest to, że wiele z tych objawów zaczęło znikać nie wtedy, gdy znalazłem idealny sposób leczenia.
Zaczęły znikać wtedy, gdy przestałem poświęcać im całe swoje życie.
Nie dlatego, że udawałem, iż ich nie ma.
Po prostu przestałem traktować siebie jak projekt do nieustannej naprawy.
Dzisiaj często myślę o swoim ciele.
I pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to jedno słowo.
Przepraszam.
Przepraszam, że przez tyle lat próbowałem Cię naprawić, zamiast Ci zaufać.
Przecież każdego dnia wykonujesz miliony procesów, o których nie mam pojęcia.
Oddychasz.
Trawisz.
Regenerujesz się.
Goisz.
Żyjesz.
Beze mnie.
Gdyby moje ciało mogło powiedzieć mi jedno zdanie po tych wszystkich latach, myślę, że powiedziałoby:
„Zaufaj mi. Nie przeszkadzaj mi. Zajmij się swoim życiem.”
Najtrudniejsze nie było zaakceptowanie lęku.
Ani ataków paniki.
Najtrudniejsze było zaakceptowanie braku kontroli.
Bezsilności.
Niepewności.
Tego, że nie wszystko musi zostać wyjaśnione.
Dzisiaj moje życie wygląda inaczej.
Nie dlatego, że już nigdy się nie boję.
Nie dlatego, że zawsze jestem spokojny.
Nie dlatego, że zniknęły wszystkie emocje.
Zmieniło się coś innego.
Już nie traktuję siebie jak człowieka zepsutego.
Nie wszystko, co czujesz, wymaga naprawy.
Nie każda emocja jest błędem.
Nie każdy objaw jest wrogiem.
Nie każda samotność jest problemem.
Może część z tego jest po prostu Twoją naturą.
Dlatego zostawię Ci jedno pytanie.
Nie po to, żebyś od razu na nie odpowiedział.
Tylko żebyś z nim pobył.
Kim jesteś… poza wszystkimi maskami, diagnozami, rolami, etykietami i historiami, które nosisz? Kim jestem?
A co, jeśli przez całe życie próbowałeś naprawić kogoś, kto od początku nie był zepsuty?

